Niektóre linki na tej stronie mogą być linkami afiliacyjnymi.

Architektura ciszy

Jest zdjęcie Stephena Shore'a, które zawsze zatrzymuje mnie dłużej niż inne. Nie jest to ani najbardziej znane, ani spektakularne. To po prostu jedna z ulic Seattle w 1974 roku, prowadząca w dół betonowa ulica z żółtym jęzorem drogowej linii faliście prowadzącej ku ażurowej reklamie publicznego marketu. Nic się nie dzieje. Nikt nie wchodzi, nie wychodzi. Stoją samotne auta, a neonowy, marny napis skupia wzrok i pacyfikuje słabe myśli podążające ku otwartej przestrzeni - wiecznie niespełnionej nadziei o wolności.

Pine Street, Seattle, 1974 - Stephen Shore

Pine Street, Seattle, 1974. Stephen Shore. The Independent Photographer

I właśnie ten obraz - ta kompletna nieobecność ludzi, a zarazem powietrze pełne swoistej tęsknoty - sprawiała, że jest to jeden z motywów, których sam, od lat, poszukuję w swojej pasji fotograficznej.

Where Are All The People

Where Are All The People. Autor: Mariusz Nawrocki, CC BY-ND 4.0. Źródło

Shore fotografuje Amerykę lat 70. w sposób wykraczający poza dokument. Jeździł po kraju, fotografował hotele, parkingi, ulice, witryny sklepów, bary, jednak jest w tych zdjęciach coś bardziej uważnego niż inwentaryzacja. Bardziej cierpliwego. Shore nie szukał ulotnego momentu - interesowała go przestrzeń między momentami.

Krajobraz po zdarzeniu

Wczesne prace Shore'a - te z cyklu American Surfaces - zaskakują swoją zwyczajnością. Fotografował aparatem 35mm to, co widział: talerz z jedzeniem w przydrożnym barze, telewizor w pokoju motelowym, pusty korytarz. Potem przeszedł na wielki format 8x10 cali. I coś się zmieniło.

Wielki format wymaga czasu. Nie można zrobić zdjęcia szybko. Trzeba ustawić statyw, ustawić ostrość, włożyć kasetę z kliszą, pociągnąć zasłonkę, odczekać. Ten ceremonialny proces sprawia, że zdjęcia Shore'a zyskały dziwną, nieoczywistą powagę. Każdy kadr ma w sobie coś z rytuału.

Mam wrażenie, że to, co Shore robi w Uncommon Places, to prędzej fotografia czasu, który upłynął, niż Ameryki samej w sobie. Zdjęcia Shore'a opowiadają o tym, co się skończyło. O podjeździe, z którego ktoś odjechał. O parkingu, który jest pusty.

Stephen Shore - Early Work (rozkładówka)

Stephen Shore, Early Work. Materiał promocyjny: MACK Books

Cisza nie jest brakiem

Mówiąc o fotografii ciszy, myślimy o nieobecności. Ale cisza w obrazie różni się od pustki, bo cisza zawsze coś zawiera, często zaś jest pełna czegoś niewypowiedzianego.

Kiedy patrzę na zdjęcie Shore'a przedstawiające wszelkie ludzkie artefakty, opuszczone budowle, przydrożne, zakurzone reklamy, pusty sklep z winylami w Amarillo, nie myślę "nikogo tu nie ma". Myślę "wszyscy gdzieś poszli". To subtelna różnica. Obecność bywa wyczuwalna nawet wtedy, gdy jest nieobecna. Fotografia ciszy nie dokumentuje braku - dokumentuje to, co zostało po obecności.

West 9th Avenue, Amarillo, Texas, October 2, 1974 - Stephen Shore

West 9th Avenue, Amarillo, Texas, October 2, 1974. Stephen Shore. The Independent Photographer

Na zdjęciach Shore'a świat jest więc zwyczajny i przez to prawdziwy. Podjazd w Beverly Hills nie jest ani piękny, ani brzydki. Jest po prostu tym, czym jest - i jest pusty. I to wystarczy. Dlatego tak ważne są detale, a często ich oczywisty brak.

There Used To Be A Classroom Here

There Used To Be A Classroom Here. Autor: Mariusz Nawrocki, CC BY-ND 4.0. Źródło

Patrzeć jak w ogród

W jednym z wywiadów Shore opowiedział, jak jako nastolatek dostał od przyjaciela zestaw do wywoływania zdjęć. Zrobił ciemnię w łazience. Pracował nocami. Mówił, że proces wywoływania był dla niego jak medytacja. Ta myśl jest kluczowa - jak medytacja.

Fotografia zrodzona z medytacji nie szuka szybkości ani efektowności, nie zabiega o atencję. Jest raczej jak spacer po ogrodzie, gdzie celem jest samo bycie.

Być może dlatego tak wiele zdjęć Shore'a wydaje się "niedokończonych" w narracyjnym sensie. Nie ma w nich historii. Jest stan. Fotograf nie pyta "co się wydarzyło?", tylko "jak to jest tutaj być?".

Meditation

Meditation. Autor: Mariusz Nawrocki, CC BY-ND 4.0. Źródło

Czekanie jako praktyka

Jest jeszcze jeden wymiar ciszy w fotografii. To wymiar czasowy. Shore ustawia swój wielkoformatowy aparat na środku ulicy i czeka. Czeka, aż przejdą ludzie. Czeka, aż przejedzie samochód. Czeka, aż chmury się przesuną. Ale czasami czeka, aż nic się nie wydarzy.

To czekanie nie jest stratą czasu, lecz metodą. Polega na tym, żeby dać światu szansę pokazania się takim, jaki jest, a nie takim, jakiego potrzebujemy. W tym sensie fotografia Shore'a bliższa jest praktyce zen niż dokumentacji - jest uważnością, nie zapisem.

Stephen Shore - Early Work (zdjęcie z serii)

Stephen Shore, Early Work. Materiał promocyjny: MACK Books

Czy obraz coś zatrzymuje?

Zatem co możemy powiedzieć o zdjęciach Stephena Shore'a unikając wielkich słów. Ja wolę mówić o patrzeniu niż o sztuce. O tym, czego uczy cierpliwość, gdy czekasz nie dlatego, że musisz uchwycić "ten-jeden-kadr", ale dlatego, że akceptujesz sam fakt oczekiwania.

Może właśnie w tej akceptacji tkwi sedno ciszy w fotografii. Chodzi o to, żeby obraz nie krzyczał - nie o to, żeby milkł. Żeby dawał przestrzeń. Żeby nie mówił wszystkiego od razu.

Shore na jednym ze zdjęć cyklu American Surfaces fotografuje stół w motelowym pokoju. Na stole leży długopis i notatnik. Telewizor jest wyłączony. Na wieszaku wisi mokry ręcznik. To zdanie mogłoby opisywać każde z setek podobnych zdjęć. A jednak to konkretne sprawia, że można poczuć ciszę. Nie dlatego, że nic się nie dzieje. Dlatego, że wszystko już się wydarzyło. Został tylko ślad.

Fotografia ciszy zatrzymuje nie tyle chwilę, co to, co po niej zostaje.

Stephen Shore - Early Work (zdjęcie z serii)

Stephen Shore, Early Work. Materiał promocyjny: MACK Books

Cisza, która nie kończy się na obrazie

Być może najważniejsze w fotografii ciszy jest to, co dzieje się po zrobieniu zdjęcia. Obraz, który nie krzyczy, nie zmusza nas do reakcji. Zamiast "zobacz, jakie to ważne" mówi: "jeśli chcesz, możesz zostać".

I w tym zaproszeniu do pozostania jest coś, czego współczesna kultura wizualna potrzebuje najbardziej - obrazu, który pozwala odetchnąć, a nie kolejnego domagającego się uwagi. Który nie chce być kliknięty, zapisany, udostępniony. Który po prostu jest.

Shore swoje zdjęcia z cyklu Uncommon Places wywołał w ciemni. Spędził nad nim mnóstwo czasu. Pewnie poprawiał balans, przyciemniał krawędzie, próbował różnych papierów. Jak sądzę, Shore wiedział, że te zdjęcia są ważne przez to, co pokazują, ale też przez to, czego nie mówią - przez to, co często wydaje się oczywiste, a jednak pozostaje niewypowiedziane.

Dodatkowe lektury

Współtworzone przez człowieka i AI.