Niektóre linki na tej stronie mogą być linkami afiliacyjnymi
Drugie zdjęcie
Na przełomie ulic Bloor i Avenue Road w Toronto stoi dziś kościół tak ściśnięty między wieżowcami, że trzeba go szukać. Fotograf Paul Fenton złożył w jedno dwie fotografie tego samego rogu ulicy: jedną z 1925 roku, gdy obok świątyni jechał tramwaj, i drugą, współczesną, zrobioną osiemdziesiąt siedem lat później z tego samego punktu. Kościół ze starego zdjęcia tkwi w nowym dokładnie tam, gdzie był.

Ten sam róg ulic Bloor i Avenue Road w Toronto: fotografia archiwalna z 1925 roku (Alfred Pearson, City of Toronto Archives) zestawiona z ujęciem z 2012 roku. Autor: Interactive images, CC BY 2.0. Źródło
Takie zdjęcia mają swoją nazwę. Rephotography, fotografia ponowna, fotografowanie tego samego miejsca po pewnym czasie. U nas mówi się o tym częściej "kiedyś i dziś". Powstają dla nauki: mierzy się nimi cofanie lodowców, erozję, ekspansję miast. Powstają też dla sentymentu, i to w nich jest coś, czego nauka raczej nie potrafi jeszcze wytłumaczyć.
Bo kiedy wracasz sfotografować to samo miejsce, w gruncie rzeczy nie porównujesz obrazu z miejscem. Porównujesz jeden kadr z drugim, z tym że jeden z nich nosisz w głowie tak długo, że przestał już być tylko zdjęciem. Stał się wspomnieniem, wyobrażeniem czego utraconego.
Douglas Levere wrócił do ponad stu miejsc z Changing New York Berenice Abbott, fotografowanej w latach trzydziestych. Do tego samego zakątka wracało się o tej samej porze roku, o tej samej porze dnia, czekając, aż cień padnie na tę samą ścianę co wtedy. Technika miała być precyzyjna jak geodezja, przez chwilę naprawdę nią była. I tu pojawia się pierwszy kłopot: ile precyzji trzeba, żeby drugie zdjęcie pokazało prawdę o miejscu? Bo im dokładniej powtarzasz kadr, tym wyraźniej widać, że coś się nie zgadza. A tym czymś nie zawsze jest miasto.
Andrzej Maciejewski zrobił coś podobnego z Montrealem z końca XIX wieku. Powtarzał widoki Williama Notmana, który fotografował to miasto, gdy kończyła się pewna epoka. Patrząc na te pary obrazów, trudno nie odnieść wrażenia, że to ci sami fotografowie stoją w tym samym punkcie, a jedno z nich po prostu zniknęło. Został tylko ślad po jego aparacie - kąt, z którego patrzył.

Ulica Metallstrasse w Saint Gallen w Szwajcarii: ujęcie z 1920 roku (Stadtarchiv St. Gallen) zestawione z ujęciem z 2017 roku. Autor: EtschPat i autor anonimowy, CC BY-SA 4.0. Źródło
Najsłynniejsze rephotography wykonano w Ameryce, na pustyniach i w górach, gdzie zmiana dokonywała się latami. Fotografowano te same skalne ściany przez dziesiątki lat, żeby odmierzać czas samą ziemią. Nie ma chyba smutniejszego zawodu. Człowiek poświęca życie na udowodnienie, że miejsce, które kocha, powoli znika. W Virginia City w stanie Nevada przed i po zestawiono widoki z 1870 roku z tymi z roku 2007. Spalone miasto górnicze odbudowano, a potem znów opustoszało. Na porównaniu widać kościół, słupy, a przy bliższym przyjrzeniu coś jeszcze. Widok z 2007 roku jest wyraźnie samotny. Z pierwszego zdjęcia strumień ludzi, wozów i schodów bez poręczy.

Virginia City w stanie Nevada: widok z początku lat siedemdziesiątych XIX wieku (kościół św. Marii spłonął w pożarze w 1875 r.) zestawiony z widokiem z 2007 roku. Autor: Rick Cooper, CC BY 2.0. Źródło
Zastanawiam się, czy w tych porównaniach w ogóle chodzi o miejsce. Zaczynają się od ciekawości, co się z nim stało. A kończą na pytaniu, co się stało ze mną, z nami, od tamtej pory. Druga fotografia tego samego drzewa nie pokazuje tego, co urosło. Pokazuje, jak bardzo sam urosłeś będąc tak naprawdę obok - w tej samej linii czasu. Ale drzewo nie wie, że go porównujesz. Znika za to w barokowym znoju zwykłego przyzwyczajenia: patrzysz na siebie dawnego, patrzącego na drzewo, gdy jeszcze umiałeś patrzeć na drzewo.
Rephotography wymyślono jako metodę naukową, która miała usuwać subiektywność. Tymczasem to, co w niej dziś najciekawsze i najbardziej ludzkie, to porażka tego zamysłu. Kamera stoi w miejscu jak położona na statywie, ale ktoś inny patrzy przez celownik. Uczony mierzy cofanie się lodowca i nie zauważa, że jego własna pewność też się cofa. Są ujęcia lodowców przed i po zrobione przez naukowców. Porównanie miało być suchą tabelą. A jest rozdzierające, bo na jednym zdjęciu lód sięga w dolinę, na drugim została po nim żwir i kilka kęp trawy. Ale też dlatego, że na pierwszym zdjęciu nikt z nas nie istniał, a na drugim jeszcze jesteśmy.
Może dlatego te obrazki "kiedyś i dziś" tak łatwo rozchodzą się w sieci. Pod płaszczykiem ciekawostki niosą coś, czego nikt nie chciał tam umieścić: twardy dowód, że punkt, z którego patrzysz, to jedyna rzecz, która nie przestaje istnieć, choć wszystko wokół się zmienia. Łatwo ten punkt nazwać punktem widzenia i zapomnieć, że to tylko ty. Widok pozostaje, kamera odchodzi.
Pozostaje pytanie, na które nie mam gotowej odpowiedzi. Czy drugie "takie-samo-zdjęcie" w ogóle jest możliwe? Bo skoro przy każdym powrocie patrzysz na miejsce przez pryzmat oryginalnego kadru, to za każdym razem fotografujesz nie miejsce, tylko stosunek do siebie samego sprzed lat. Może nie ma czegoś takiego jak powrót do miejsca. Może za każdym razem, kiedy robisz zdjęcie tego samego miejsca i porównujesz z pamięcią, zaczynasz rozumieć, że nigdy nie było i nie będzie żadnych szans na powrót.
Dodatkowe lektury
- Rephotography, Wikipedia - hasło o fotografii ponownej
- Mark Klett, crown of the continent - rephotography krajobrazów zachodu USA
- New York Changing przez Douglasa Levere - sto czternaście powrotów do obrazów Berenice Abbott
- After Notman przez Andrzeja Maciejewskiego - Montreal Notmana powtórzony w PHSC
Współtworzone przez człowieka i AI.